30 sierpnia 2013

[Ara~] 04~ Watashi no Koi


TYTUŁ: Watashi no Koi [Moja miłość]
AUTOR: [Ara~]
PAIRING: Ohmiya (Ohno Satoshi x Ninomiya Kazunari) [Arashi]
GATUNEK: YAOI, Romans, Dramat, Komedia
KATEGORIA: 15+


Nie masz żadnych nowych wiadomości.

Satoshi odłożył telefon na bok i powrócił do mieszania farby. Z miną myśliciela podniósł pędzel na wysokość oczu. Obrócił go w obie strony po czym wypróbował nową mieszankę na kartce białego papieru.
- To nie to – powiedział do siebie odkładając pojemniczek z farbą i pomazaną nią kartkę obok czterech innych, podobnych.

Ohno chwycił kolejny, pusty kubeczek po jogurcie. Na spód nalał kilka kropel białej farby, następnie dodał kilkanaście kropel farby żółtej, a na sam koniec sporo brązowej. Wytarł o siebie ręce przyglądając się swojej mieszance bez większego entuzjazmu. Opadł plecami na podłogę próbując sobie przypomnieć dokładnie kolor oczu chłopaka z gitarą.

Minęło cztery dni od incydentu w parku.

Kiedy zdemoralizowani licealiści uciekali przed wymiarem sprawiedliwości, a z ust Ohno padła śmiała deklaracja muzyk tylko troszkę odsunął się do tyłu. Satoshi wykorzystując to, że młodzieniec był jeszcze w głębokim szoku wepchnął w jego niewielką dłoń wizytówkę z numerem telefonu. „Zadzwoń jeśli się zdecydujesz.” zdążył powiedzieć zanim przypomniała sobie o nich policja. Nim zadano kilka podstawowych pytań zostało wezwane pogotowie. Karetka przyjechała niespodziewanie szybko i zabrała lekko krwawiącego Ohno do szpitala. Od tego czasu Satoshi ani nie widział chłopaka z parku, ani nie otrzymał od niego żadnej wiadomości. Świadomość, że może go już nigdy więcej nie spotkać wywoływała w jego żołądku nieprzyjemne wibracje.

Satoshi przeturlał się na brzuch. Z cichym westchnieniem przyłożył prawy policzek do ziemnej podłogi. Już go tak bardzo nie bolało, a opuchlizna schodziła ładnie. Jeszcze kilka dni, a nie będzie po niej żadnego śladu. Zrezygnowany przymknął oczy.

Tokio przeżywało powtórny atak zimy. Temperatura spadała miejscami nawet do minus dziesięciu stopni, często pojawiały się przelotne opady śniegu lub śniegu z deszczem. Sho wszedł do pracowni, odstawił siatki z zakupami i zdjął płaszcz.
Sensei, już jestem! – zawołał. Odpowiedziała mu cisza. Sakurai spojrzał w stronę głównego pokoju pracowni. Przez uchylone drzwi zauważył leżącą na podłodze rękę.
Sensei! – Sho błyskawicznie znalazł się w pokoju. Na podłodze wyłożonej przezroczystą folią i gazetami leżał Ohno. Sakurai chwycił jego rękę szukając pulsu. Odnalazł go bez problemu. Odetchnął z ulgą przekręcając Satoshiego na bok. Malarz zamlaskał przez sen. Po jego brodzie spływała strużka śliny.
- Ohno-san, nie strasz mnie tak! – Sakurai potrząsnął swoim podopiecznym. Satoshi otworzył zaspane oczy, jego nieprzytomne spojrzenie błądziło chwilę po pokoju, by w końcu zatrzymać się na menedżerze. Wytarł twarz dłonią i usiadł.
- Przepraszam, chyba zasnąłeeeeemm - powiedział Satoshi kończąc swoją wypowiedź potężnym ziewnięciem.
- Ohno-san, naprawdę nie powinieneś spać w takim miejscu. – Sakurai nadał swojemu głosowi lekko surowy ton. – 'Jeśli poczułeś się śpiący powinieneś położyć się na kanapie albo pójść do małego pokoiku. Przecież już tyle razy ci mówiłem, że spanie na…'

Satoshi gorliwie przytakiwał, jednak sens słów wypowiadanych przez menedżera przestał mieć dla niego znaczenie kiedy dostrzegł swoją komórkę. Chwycił ją i szybko sprawdził pocztę.

Masz jedną nową wiadomość. Otwórz?

Satoshi z drżącym sercem wcisnął „tak”.

Od: numer nieznany
Temat: [brak tematu]
Zgadzam się. Spotkajmy się za pół godziny w parku przy placu zabaw.

- END -

Ohno głośno się zapowietrzył. Sprawdził czas przesłania wiadomości.
- Yabai! – krzyknął podnosząc się z podłogi.
- Ohno-san, co się stało? – Sakurai w zdumieniu wpatrywał się w malarza, który właśnie błyskawicznie zakładał buty i kurtkę.
- Wychodzę! – Satoshi nawet się nie odwrócił. Chwycił za klamkę i wybiegł z mieszkania.
- Yabai, yabai, yabai! – powtarzał rozpaczliwie wciskając przycisk przywołujący windę. Był już spóźniony.

[Ara~] Czy wiedzieliście, że w języku prasłowiańskim miały miejsce trzy palatalizacje, a w języku staropolskim 'e' pochodzenia jerowego nie uległa przegłosowi, bo ten zanikły przed procesem wokalizacji jerów? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz