14 sierpnia 2015

[Bang!] 20~ MAFIA II

TYTUŁ: MAFIA II
AUTOR: [Bang!]
PAIRING: Ohmiya (Ohno Satoshi x Ninomiya Kazunari)
GATUNEK: mafia, sensacyjny, komedia, dramat, obyczajowy
KATEGORIA: 17+


Ryu rzucił się na swój fotel, cały spocony i podrapany. Przez ostatnie kilka minut próbował wyrwać telefon z dłoni Seijiego, bo swojego oczywiście już nie miał, i zadzwonić do Ohno. Miał serdecznie dosyć tego blondwłosego psychola.
- To dokąd w końcu lecimy?
- Do Japonii - odpowiedział najspokojniej w świecie Seiji. - Nikt mnie nie będzie robił w konia - pomyślał, siorbiąc z wściekłością sok jabłkowy. - Daję sobie spokój z Nino, nie mam już na to czasu. Ale niech Ohno sobie myśli, że jest inaczej. Zaskoczę go i wezmę, co moje. - Na jego ustach pojawił się brzydki, niemiły uśmieszek tryumfu.
Na twarzy Ryu pojawiła się radość, ale i zawód.
- Słyszałem, że Nino jest w Chinach. Dlaczego tam nie lecimy? - zapytał i pomyślał - Czyżby zrezygnował z szukania Nino? Chce iść na skróty?
Seiji przestał siorbać sok i z zagadkowym uśmiechem odwrócił się w stronę chłopaka.
- A właśnie… Ryu… Czy tobie przypadkiem nie zależało, żeby znaleźć się jak najszybciej w Japonii? Czy przypadkiem nie chciałeś się ze mną… rozstać?
- Tak, tak - odpowiedział entuzjastycznie chłopak i pomyślał - A niech to! Teraz będę musiał sam dostać się do Chin i go poszukać. - Tak będzie najlepiej dla nas obydwu. Przecież się nie znosimy.
Seiji wyciągnął rękę i pogłaskał go po głowie, na co Ryu tylko się skrzywił.
- Przykro mi Ryu, ale… musisz umrzeć.
Chłopaka zmroziło na chwilę. "Umrzeć" to nie jest słowo, które się często słyszy, gdy ma się 17 lat.
- C-Co?… - Ryu patrzył na Seijiego z otwartą buzią, nic nie rozumiejąc.
- M-U-S-I-S-Z U-M-R-Z-E-Ć - przeliterował wolno blondyn, wciąż głaszcząc go po głowie.
- A-Ale, dlaczego?
- Bo nie jesteś mi już potrzebny i za dużo wiesz - przyznał Seiji. - Jeśli będziesz grzeczny, postaram się, żeby nie bolało. Ale jeśli nie… - Oczy Seijiego błysnęły złowieszczo. - … to, czego za chwilę doświadczysz będzie prawdziwą rzezią niewiniątek.
Ryu odepchnął jego rękę i wstał gwałtownie.
- Może soczku na dobranoc?
- Nie musisz tego robić. Nic nikomu nie powiem. Naprawdę. - Spojrzeli sobie przez chwilę w oczy. Ryu widział w oczach tamtego jedynie zdecydowanie i dotarło do niego, że naprawdę może dziś zginąć. Wziął głęboki oddech i zaczął biec. Samolot był mały i szybko znalazł się w łazience. Próbował się zamknąć, ale drzwi nie miały zamka. W końcu oparł się o nie plecami i czekał.
Seiji tymczasem odstawił sok i rozprostował mięśnie. Poszedł powoli w stronę łazienki, obracając w palcach małą pigułkę. Chwycił za klamkę, ale drzwi się nie otworzyły.
- Ryu, przestań się wygłupiać. To jest samolot i będziemy lecieli jeszcze dobrych kilka godzin. Nie warto się buntować, wierz mi. Otwórz, mam tu coś dla ciebie. Nie będzie bolało, obiecuję.
Po drugiej stronie nikt się nie odezwał.
- Ryu, to naprawdę nie ma sensu. Mam użyć siły?
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
- Negocjujmy.
- Za późno. Już zdecydowałem. - Seiji pokazał mu pigułkę i nonszalancko wyjął pistolet do kompletu. - Zobacz. To twój koniec. - Zaczął zbliżać się do swojej ofiary, aż ta dotknęła plecami ściany. - Otwórz buzię, aaa…
- Poczekaj, poczekaj. - Ryu był bliski ataku serca. Jak dobrze pójdzie, umrze przed czasem. - Będę z tobą współpracował. Umiem wiele rzeczy. Przydam ci się. Przepraszam za wszystko, co złego o tobie powiedziałem… i pomyślałem.
- Myślałeś o mnie coś złego? No ładnie.
- Proszę, nie zabijaj mnie. Przydam ci się. Naprawdę ci się przydam.
- No dobrze… - zaczął Seiji, a na twarzy Ryu pojawiła się nadzieja. - Albo jednak nie. Połykaj. Już. - Pigułka znalazła się przed nosem Ryu. Ten już ledwo oddychał. Ubranie przykleiło mu się do ciała, a nogi odmawiały posłuszeństwa. To koniec - pomyślał. Był w samolocie z facetem, który miał przy sobie broń i chciał go zabić. Sam był wysoki, ale chudy i trochę blefował z tym judo. Kurde.
Wziął tabletkę w dwa palce. Może to lepiej, że umrze. Nie będzie musiał patrzeć na te wszystkie okropności.
Połknął ją szybko i rozpłakał się z całego serca.
Nie wiedział, ile to trwało, ale w końcu otworzył oczy. Był sam w łazience. Wstał z podłogi i cały drżący zaczął iść w stronę salonu. Czy umarł? Czy tak wyglądała śmierć?
- Hej, Ryu, jak się masz? - powitał go wesoły głos Seijiego. Dopijał właśnie swój sok. - Nie umarłeś, bo w ostatniej chwili stwierdziłem, że rzeczywiście możesz mi się jeszcze do czegoś przydać.
Ryu spojrzał na niego nieprzytomnie i… zemdlał.

[Bang!] 19~ MAFIA II

TYTUŁ: MAFIA II
AUTOR: [Bang!]
PAIRING: Ohmiya (Ohno Satoshi x Ninomiya Kazunari)
GATUNEK: mafia, sensacyjny, komedia, dramat, obyczajowy
KATEGORIA: 17+


Kazunari ziewnął i przeciągnął się. Spanie na podłodze chyba nie było najlepszym pomysłem, bo chociaż miał pod sobą bardzo gruby dywan, bolały go wszystkie kości. Stęknął i z ociąganiem wyciągnął telefon z kieszeni.
- Co?! - Skoczył na równe nogi. Dochodziła 22, a on był poza hotelem. Przecież jutro miał wyjeżdżać. A co jeśli go szukają? A co jeśli go znajdą akurat u Ohno?
Zaczął rozglądać się z przerażeniem za biletem lotniczym i w końcu go odszukał - w wyciągniętej w półmroku dłoni, która musiała należeć do Ohno. Kazunariemu podskoczyło serce.
- Oszalałeś?! - niespodziewanie wrzasnął na niego Satoshi. Nino wzdrygnął się, ale nie poruszył. Obserwował, jak Ohno energicznie wstaje z fotela i zaczyna okrążać pokój, zapalając po drodze wszystkie możliwe światła.  
- Nowy Jork, nowa praca, nowe życie… - jak to kurewsko pięknie brzmi - stwierdził Satoshi z ironią w głosie, omiatając spojrzeniem białą kopertę. - Trzymaj. - Podał ją szybko Nino i podszedł do stolika, by dopić stojącą tam kawę.
Kazunari zacisnął zęby i ścisnął odrobinę za mocno kopertę w rękach.
Ohno złościł się, jakby rzeczywiście miał do tego prawo. Najgorsze było to, że zawsze zachowywał się tak samo, gdy coś mu nie pasowało i było nie po jego myśli. Bo oczywiście wszystko musiało się kręcić tylko wokół niego i jego planów. Każde odchylenie od normy powodowało frustrację i foch na cały świat. Nino nienawidził tego w Satoshim. Tego obrzydliwego skupienia na sobie i swoich korzyściach. Tego absolutnego nie liczenia się z nikim i niczym. Tej pogardy dla czyichś uczuć. Tego ciągłego zbliżania się i odsuwania…
Nino w jednej chwili przypomniał sobie, dlaczego tak bardzo chciał stąd wyjechać i dlaczego śmierć Kokiego była tylko piórkiem, które przechyliło szalę.
W dodatku to wszystko, co się teraz działo mogło oznaczać tylko jedno… kłótnię stulecia, w której Kazunari nie zamierzał brać udziału. Gdyby jednak wziął, świadczyłoby to tylko o tym, że mu zależy, a tego nie potrzebował. Wystarczała już sama jego obecność w tym domu. Po co tu przychodził? Miał ochotę po prostu stąd wyjść.
- Miałeś jechać do Pekinu… - zaczął Nino suchym, bezbarwnym tonem.
Ohno prychnął głośno i uśmiechnął się szeroko.
- O tym też ci powiedział? Nie wiem, jak możesz wciąż z taką czułością ściskać tę kopertę. Aż tak się cieszysz, że za miesiąc nie będziesz już żył?
Nino odetchnął głęboko. Nie pozwoli się dziś wyprowadzić z równowagi.
- Nie twoja sprawa, co będę robił za miesiąc, za rok, czy za dwadzieścia lat - odpowiedział chłodno, patrząc Satoshiemu prosto w oczy. - Już nie twoja.
Ohno wzniósł teatralnie oczy ku górze.
Tak naprawdę Nino nie spodziewał się po nim takiej reakcji. Satoshi wyglądał jakby mu nie zależało, jakby w ogóle nie poczuwał się do winy.
Kazunari patrzył w jego rozbawione oczy i miał ochotę go czymś zdzielić - raz a dobrze.
- Proszę bardzo, możesz już stąd iść. Skoro nie dbasz o swoje marne życie… skoro twoje sprawy nie są już moimi sprawami… to po prostu się wynoś. - Ostry ton głosu Ohno przeszył powietrze.
Kazunari przygryzł usta aż do krwi i odwrócił się na pięcie w stronę wyjścia. Jego oddech stał się szybki i krótki. Czuł, jak narasta w nim złość.
- A właśnie… - zaczął Nino i przystanął. - Zapomniałbym o czymś… - Podszedł do Ohno i z całej siły uderzył go w twarz.
- To za tamto - szepnął i spojrzał na Satoshiego z pogardą. Serce pękało mu z żalu. - Mam nadzieję, że nigdy więcej nie spotkam kogoś takiego, jak ty - warknął i zaraz potem znikł z mieszkania. Nawet nie zamknął za sobą drzwi wyjściowych.
Satoshi usiadł powoli na pobliskim fotelu i założył nogę na nogę. Jego twarz przypominała maskę.
Nagle na korytarzu zrobiło się bardzo głośno. Przez otwarte drzwi słychać było czyjeś krzyki, szamotaninę, odgłos szybkich kroków. W chwilę później, przed oczami Ohno pojawiły się trzy osoby. Jego dwaj goryle - Aki i Doi oraz próbujący się wyswobodzić z ich uścisku - Nino.
- Puszczaj, kretynie! Tak, mi się odwdzięczacie za moje dobre serce?! Kto wam jeszcze niedawno dawał pograć na konsoli? Kto was krył, jak zbiliście to cholernie drogie lustro - no kto?! - wrzeszczał Kazunari. - Każ im przestać!
- Nie mam ochoty - powiedział obojętnie Ohno i upił trochę kawy.
- Po coś mnie tu z powrotem sprowadzał?! Daj mi odejść!
- Nie mam ochoty - powtórzył Satoshi.
- Zaraz mu przyjebię - jak słowo daję!
- Zmieniłem plany. Jednak tu zostajesz. Lepiej dla mnie, żebyś był tu niż u któregoś z moich licznych wrogów. Już wystarczy tej komedii.
- Nie zgadzam się! Masz mnie w tej chwili stąd wypuścić, słyszysz?!!
Ohno spojrzał na niego przeszywającym wzrokiem. Błyszczały mu oczy.
- Nie mam ochoty.
- A znaleźć ci tę ochotę?!
Satoshi kiwnął lekko głową na swoich ochroniarzy.
- Możecie go już puścić. A ty - zwrócił się do ciężko dyszącego Kazunariego. - Nawet nie próbuj teraz uciekać. Aki i Doi będą czekali na ciebie zaraz za drzwiami.
- Porozmawiajmy, jak facet z facetem… - zaczął Nino już spokojniejszym tonem, gdy dwaj goryle z przygnębionymi minami wyszli z pokoju.
- Raczej jak biedny Nino z szefem mafii.
Kazunari prychnął z irytacją.
- O co ci kuźwa chodzi? Mścisz się na mnie za to, że cię zostawiam?
- Zdążyłem się przyzwyczaić. Przecież ciągle odchodzisz.
- O, nie! To ty ciągle odchodzisz! Nigdy cię nie było, gdy potrzebowałem cię najbardziej! Cały czas mnie wykorzystujesz do swoich chorych celów. Mam tego dosyć!
Nino westchnął głęboko, żeby się uspokoić i przypadkiem nie rozbeczeć jak dziecko.
Satoshi podparł łokciem brodę.
- Te łzy, które ci napływają do oczu to pewnie z powodu Kokiego? No przecież nie z powodu jego mordercy…
Kazunariemu nagle zrobiło się zimno.
- No tak, przecież tak bardzo go kochałeś. A on ci tak bardzo pomagał. Tak często cię odwiedzał…
Nino wpatrzył się w Ohno. Do głowy przychodziło mu tysiąc sprzecznych ze sobą myśli. Nie potrafił ich poukładać.
- Powiedz mi Nino, czy w ciągu tych dwóch lat, ktokolwiek bliski do ciebie zadzwonił? Czy twoja matka przyjechała cię zobaczyć? Czy Koki chociaż dał ci znać, że żyje? Wiem o tobie wszystko, a od niedawna wiem również więcej o Kokim, i mogę śmiało powiedzieć, że nikt, absolutnie NIKT się tobą przez ten czas nie przejmował! Wszyscy mieli cię w dupie!
Nino przełknął głośno ślinę. Autentycznie zabolało go serce i łzy nadpłynęły mu do oczu, mimo że tak bardzo starał się je wstrzymać.
- Nie udawaj, ty też miałeś mnie w dupie - czasami dosłownie - szepnął.
- Jeśli chodzi o to drugie - nie mogę zaprzeczyć, a jeśli chodzi o to pierwsze…
- Porozmawiajmy… - zaczął nagle Nino. Chyba nie był gotowy, żeby usłyszeć kolejną nieprzyjemną rzecz z JEGO ust. - …jak facet z facetem. Zostanę tu, ale co będę z tego miał? Twój ojciec zaproponował mi wyjazd do Nowego Jorku…
Satoshi uśmiechnął się pod nosem.
- Szybko się uczysz. Wyczuwam tu wpływ starszego pana Ohno i może szczyptę Seijiego?
- O, nie - zaprzeczył szybko Nino. - To akurat dość duża dawka idioty, z którym byłem przez ostatnie dwa lata. Nauczył mnie wielu rzeczy, na przykład obojętności i kombinowania. Można powiedzieć, że dzięki tym umiejętnościom jakoś skończyłem studia, nie wieszając się po drodze na najbliższym żyrandolu. A było blisko.
- Cieszę się, że tylko blisko, bo gdybyś to wtedy zrobił, nie miałbyś okazji wyjechać za trzy dni dokądkolwiek tylko zechcesz i zatrudnić się w którejkolwiek agencji zapragniesz. Czy to według ciebie jest wystarczająco dobra oferta?
- Jeśli zostanie spełniona to tak.
Ohno wstał i wyciągnął rękę. Nino z wahaniem ją uścisnął.

- Zostanie… - potwierdził Ohno, patrząc uważnie na chłopaka przed sobą. - …zaraz po tym, jak sprzątnę moje starsze alter ego i zajmę jego miejsce.

[Bang!] 18~ MAFIA II

TYTUŁ: MAFIA II
AUTOR: [Bang!]
PAIRING: Ohmiya (Ohno Satoshi x Ninomiya Kazunari)
GATUNEK: mafia, sensacyjny, komedia, dramat, obyczajowy
KATEGORIA: 17+


Ohno powoli zamknął drzwi, nie przestając patrzeć na swojego ojca i stojącą obok niego Inoue. Przez jego umysł przebiegało tysiące myśli. Żadna nie wydawała się słuszna.
'Witaj, Satoshi. Usiądź, proszę. Zdaje się, że chcesz ze mną o czymś porozmawiać?' - Ohno senior miał niezgłębiony wyraz twarzy. 
Satoshi poczuł, jak pęka jego kolejna bariera. To wszystko zaczynało go tak bardzo przytłaczać…
'Nie stój tak, siadaj.' - Ton głosu Ohno seniora stał się odrobinę ostrzejszy.
Satoshi dotknął oparcia fotela i spojrzał mu prosto w oczy.
'Chcę tylko powiedzieć, że Twoje wysiłki, mające mnie pogrążyć idą na marne. Musisz się bardziej postarać… albo musicie…' - Inoue drgnęła, ale się nie odezwała.
Satoshi popchnął lekko fotel i odwrócił w stronę drzwi, chcąc jak najszybciej stąd odejść.
'A gdybym ci powiedział, że… wiem, gdzie jest Ninomiya Kazunari?'
Ohno stanął w miejscu z ręką ściśniętą na klamce.  
Miał dwa wyjścia. Mógł postąpić samolubnie - odejść i zapomnieć. Pozbyć się swojej słabości i odbudować to, co stracił… Mógł również zrobić coś jeszcze bardziej egoistycznego -  zostać. Wykrzyczeć innym swoją największą słabość, upokorzyć się; potwierdzić tożsamość Nino i narazić go jeszcze bardziej. W końcu stracić i jego i wszystko inne… Jednak nie zastanawiał się ani chwili nad tym wyborem. 
Odwrócił się i usiadł naprzeciwko swojego ojca i Inoue, która również zagłębiła się w swój fotel. Tylko Ohno senior wciąż stał. Satoshi wiedział, że tak chce pokazać mu swoją wyższość i władzę, którą teraz nad nim miał.
'Widzę, że mądrzejesz i dla równowagi podejmujesz dobre decyzje' – stwierdził tamten z przekąsem.
'Gdzie on jest?' - szepnął Satoshi.
'Dowiesz się, ale najpierw…'
Satoshi przekręcił oczami z irytacji. 
Ohno senior niewzruszony, oparł się rękami o stół i pochylił nad Satoshim.
'Spójrz na mnie.' - Ohno niechętnie podniósł na niego swój wzrok. - 'Wiesz, że nie musi tak być… nie musisz wszystkiego tracić… Wystarczy, że mnie posłuchasz, a wszystko się zmieni. Tylko mi i jej możesz teraz zaufać…' - Satoshi spojrzał na rękę, która przykryła jego własną.
Może rzeczywiście tak byłoby lepiej. Zwłaszcza dla Nino. Gdyby zaczęto kojarzyć go z jego ojcem, nikt nie odważyłby się go tknąć. Oczywiście, o ile żyje i to wszystko nie jest tylko blefem. 
Satoshi cofnął rękę.
Ohno senior wyprostował się, wyraźnie urażony. 
'Możesz mi wierzyć lub nie, ale nigdy nie chciałem dla ciebie źle.'
'Rozczulasz mnie, czego tak naprawdę chcesz?' - syknął Satoshi.
'Wiesz, czego chcę i wiesz, że to zrobisz.' - Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. - 'Chyba trochę zdziwiłeś się na jej widok?' – Ohno senior wskazał ręką Inoue, która miała dość niepewną minę. Satoshi nie chciał na nią patrzeć. - 'Od dawna współpracujemy. Pilnuje cię od kiedy odszedłeś z domu… nic nie powiesz?'
'Bardzo się cieszę, że masz z kim jadać obiadki' – prychnął Satoshi.
Ohno senior wciąż patrzył na niego intensywnie.
'Jak na kogoś, kto stoi teraz pod murem, jesteś bardzo zadowolony z siebie.'
'Nic na to nie poradzę, że cieszę się z rodzinnego spotkania.'
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, obaj już dawno byliby martwi.
Ohno senior wyprostował się i spojrzał na Satoshiego z góry.
'Wciąż nie traktujesz mnie poważnie…' - Wyjął białą karteczkę i położył ją przed Ohno na stole. - 'To jego adres… jedź i zobacz, co mu zrobiłem…'


'Chyba byłem trochę za ostry…' - Starszy Ohno cmoknął z dezaprobatą, wspominając swoją rozmowę z Satoshim sprzed 5 minut. - 'Odszedł szybciej niż zdążyłem mrugnąć. Wcale mi się to nie podoba. I jeszcze ten cały Ninomiya…' - westchnął ciężko.
Inoue, która dotychczas leniwie obracała w palcach białą kopertę, wstała powoli z fotela.
'Pójdę po niego.'
'Idź… I jeszcze to, jakby mało było problemów.' - Starszy Ohno pokręcił głową.
Najgorszy w tym wszystkim był ten dziwny chłopak, który mimo że miał prawie 30 lat, wyglądał jak licealista. W sumie, dzięki Inoue, wiedział o nim już od dawna, ale jej opis wcale nie wskazywał na to, by Kazunari był kimś, kim należałoby się przejmować, więc o nim zapomniał. Jednak jedno wydarzenie zmusiło go do głębszego przyjrzenia się tej nowej postaci na scenie. A mianowicie, kupno galerii sztuki przez Satoshiego. Po pierwsze, nabył ją zbyt szybko i zbyt drogo, co było nie do pomyślenia przy tak dużej inwestycji. Po drugie, z samą galerią wiązała się pewna nieprzyjemna historia i w związku z tym przez długi czas nie było mowy o dobrym zarobku. A po trzecie, Satoshi, mimo wszystko, utrzymywał ją jeszcze dobry miesiąc, a nawet zaczął remont i zrobił huczne otwarcie, zanim ją sprzedał, oczywiście z ogromną stratą. To było nie do pomyślenia, zupełnie nie w stylu Satoshiego. Starszy Ohno pomyślał wówczas, że albo tamtemu zupełnie odbiło albo ma kobietę. Nawet go to ucieszyło, chociaż wciąż miał nadzieję, że Satoshi zwiąże się w końcu z Inoue. Nigdy nie ukrywał, że było to jedno z jego największych marzeń. Na drugim miejscu były wnuki, a na trzecim wytępienie Chińczyków. Ostatnie akurat wkrótce miało się spełnić. A co do Ninomiyi… Gdy już dowiedział się, kim jest ta „kobieta” i że jest bardzo podobna do wychudzonego chłopaka, załamał się na jakiś czas. Nie miał nic do innych orientacji, ale gdy okazało się, że problem dotyczy jego syna, zaczął ich nienawidzić z dnia na dzień. 
'To przez niego Satoshi zachowuje się ostatnio jak idiota' – wymruczał. Ale to w końcu się skończy. Ohno poleci jeszcze dziś do Chin i na jakiś czas tam zostanie, aż sytuacja z Chińczykami się nie wyjaśni. Lepiej, żeby się w to nie wtrącał. Jeszcze coś mu się stanie przez to zaćmienie umysłu zwane „Ninomiya”. Tymczasem Kazunari również wyjedzie w siną dal i ich drogi się rozejdą. Zresztą już się rozeszły, na co wskazywałyby ostatnie wypadki, a zwłaszcza zabójstwo tego małego przydupasa Kokiego. To było niezwykle korzystne i starszy Ohno zyskał nadzieję, że wszystko da się jeszcze naprawić.
Otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszła Inoue i ten dziwny chłopak. Nie był jakoś specjalnie przestraszony, w końcu to nie był pierwszy raz, kiedy się spotykali, a równocześnie starszy Ohno czuł, że tamten wszystko uważnie obserwuje. Byłoby dla niego lepiej, gdyby tego nie robił. Ale na to jeszcze przyjdzie czas… 
'Witaj Ninomiya. Gotowy do podróży? Nowy Jork to naprawdę ciekawe miejsce, spodoba ci się.'
Nino usiadł ostrożnie na fotelu, tym samym, na którym przed kilkoma minutami siedział Satoshi.
'Spakowałem już wszystko, co trzeba… gdzie… gdzie pojechał Ohno?'
'Do Pekinu, więc nie musisz się martwić, że kiedykolwiek go zobaczysz…' - Starszy Ohno spojrzał szybko na Nino szukając u niego jakiejś niepożądanej reakcji. Jednak jego twarz była nieprzenikniona. 
Inoue położyła przed nim białą kopertę.
'Proszę, to twój bilet lotniczy. Masz lot jutro o 18. Z lotniska odbierze cię później pani Kiko. Mam nadzieję, że spodoba ci się twoje nowe miejsce pracy.'
'Na pewno.' 
Nastała nieprzyjemna chwila milczenia.
'No dobrze, Ninomiya. Wróć do hotelu i prześpij się jeszcze trochę. O 16 podstawię samochód, więc bądź gotowy.' 
Nino ścisnął w ręku kopertę i wstał. Chwilę później mężczyzna ubrany na czarno odprowadził go do drzwi i nastała cisza.
'Dobrze, czwartego mniej' – szepnął starszy Ohno. - 'Musimy jeszcze znowu zająć czymś Seijiego. Pewnie już zdążył się o tobie dowiedzieć i teraz przetrawia to w samotności albo może w towarzystwie. Jak ja nie znoszę tego idioty… przepraszam, jeśli cię uraziłem.'
Inoue pokręciła głową.
'Nie… zastanawiam się tylko… zastanawiam się, ile jeszcze uda mi się wytrzymać. Coraz więcej osób zaczyna coś podejrzewać. Musimy się pospieszyć.'
Ohno senior kiwnął głową.
'Masz rację. Najważniejsze jednak jest to, żeby Satoshi znalazł się jak najszybciej w Chinach. Osobiście tego dopilnuję.'


Ohno zatrzymał się przed budynkiem biurowca równie szybko, jak z niego wybiegł. 
To nie miało sensu. Skąd mógł wiedzieć, że ojciec nie kłamał? Kiedy on stąd wyjedzie, Nino coś może się stać. Z drugiej strony nie może sobie pozwolić na siedzenie tutaj i zastanawianie się, gdzie tak naprawdę jest teraz Kazu. 
Wsiadł do swojego samochodu, który stał praktycznie pod budynkiem i mimowolnie spojrzał na swoją torbę. Wciąż znajdował się w niej czarny pad Kazunariego, który zabrał z domu. Westchnął. Myślenie za dwie osoby było cięższe niż się spodziewał. Jak brak jednej osoby mógł tak wysysać energię z tej drugiej? To zupełnie bez sensu. Musi się jak najszybciej doprowadzić do porządku. Czuł jednak, że nic się nie zmieni, dopóki nie znajdzie Nino… I jeszcze te Chiny… Musi być tu, a równocześnie musi być tam, w Pekinie… Jak to rozwiązać?… 
Satoshi oparł się na siedzeniu.
Musi być tu i tam… A kto powiedział, że musi znaleźć się w Pekinie osobiście? A jeśli zrobiłby to za niego ktoś inny? A jeśli byłby to Seiji?
Seiji wydawał się teraz nieszczególnie godny zaufania. Zwłaszcza ostatnio, po tym jak zmarł jego ojciec. Wiadomo było, że szuka rozwiązania, żeby stać się głową rodziny Hara i pewnie rzeczywiście dorobiłby sobie schodków na tron, gdyby pozbył się syna wrogiej rodziny. Ale… Satoshi był pewny, że Seiji nic mu nie zrobi. Za bardzo go lubił. Przez tyle lat chodził za nim krok w krok i papugował, co tylko się dało. Satoshi do tej pory pamiętał z jakim wyrzutem patrzył na niego, gdy po wiadomym wypadku milczał, a dzień później już go nie było…
Przez te kilka lat nie myślał o nim za wiele. Chyba tylko wtedy, gdy musiał przytemperować jego poczynania. Seiji pewnie, głęboko w sobie, czuł się zraniony… Ale w sumie, co on - Ohno - mógł teraz z tym zrobić? 
Sięgnął po komórkę i odnalazł numer młodego Hary ukryty pośród wielu innych, zapomnianych numerów. Nie był nawet podpisany.
Seiji odebrał dopiero po kilku sygnałach. 
- Niech zgadnę… dzwoni złamane serduszko Toshiego?
Ohno w jednej chwili przypomniał sobie, co go tak zawsze wkurwiało w Seijim. Ale dziś musiał być miły, dziś miał w tym cel.
- Zamknij się i mów, gdzie jesteś?
- Ojej, ten ton pełen miłości… daleko, a co?
- Znalazłeś Nino?
- Może… a co, boisz się, że nie dotrzymam obietnicy?
- Właśnie się nad tym zastanawiam. Wiem, że twój ojciec nie żyje. 
- To teraz już obaj o tym wiemy.
- Może się rozłączę, żebyś się wypłakał. Na jaki adres mam przysłać kwiaty?
- Na swój, będzie szybciej. A ty, gdzie jesteś?
- Nie twój interes.
- No to się dogadaliśmy…
Nagle Ohno usłyszał jakiś inny głos w słuchawce. Brzmiało jak: Ohno-san, ratuj mnie!
- Kto z tobą jest?
- Mój nowy pies.
- Który mówi?
- Potrafi też gryźć i drapać, ale jeśli jeszcze raz to zrobi, wysadzę go w jednej chwili z tego samolotu.
- Aha, więc lecisz…
- No i wydało się…
- Dokądkolwiek teraz lecisz, oprócz Pekinu, zawracaj tam.
- A co, zgubiłeś tam kogoś?
- Tak, Nino.
- Eh? Nino jest w Chinach?
- Tak myślę.
- Gdzie dokładnie?
Satoshi przeczytał szybko zawartość karteczki.
- I co, mam po niego jechać?
- Tak… proszę cię o to.
- … Jeśli tak stawiasz sprawę… też powiem ci coś ważnego…
- Co?
- Przybliż telefon do ucha.
- O co chodzi?
Po drugiej stronie słychać było dźwięk buziaka i zaraz potem Seiji rozłączył się. 
Ohno przekręcił oczami. Zanotował sobie w pamięci, żeby się nim odpowiednio zająć, kiedy wróci. W każdym razie wyrwać Nino z rąk Seijiego będzie łatwiej niż z rąk jego ojca.
Znowu spojrzał na swoją torbę i schował twarz w dłoniach. Zachowywał się jak jakaś pieprzona bohaterka romantycznych dram, wgapiając się w tego pada jak w chusteczkę swojego wybranka. Niech on się wreszcie znajdzie…
… I znalazł się, wychodząc sobie najspokojniej w świecie z tego samego budynku, z którego wcześniej on - Satoshi -  wychodził.
Ohno przestał na chwilę ciągnąć się za włosy i prawie zakrztusił się powietrzem. 
Tylko jedno zdanie przychodziło mu teraz do głowy: Co to ma kurwa być?


Nino westchnął i obejrzał się za siebie. Mężczyzna w czarnym garniturze zniknął. Przed nim rozpościerała się tylko szklana tafla automatycznych drzwi. 
Niewiele osób zapuszczało się w rejony biurowca. Jedynie w określonych godzinach schodzili się pracownicy, każdy w formalnym stroju i z komórką przy uchu. Teraz było dość pusto, ale Nino czuł, jakby ktoś go bacznie obserwował, jakby „patrzyły” na niego wszystkie kamery, a za nimi dziesiątki par oczu. Spuścił głowę i poszedł szybko przed siebie. 
Jego stopy miarowo dotykały chodnika. Tamci go nie śledzili. Wiedzieli, że nie ucieknie i mieli rację. Nie miał w tym żadnego celu. Zwolnił i zaczął w myślach liczyć chodnikowe płyty. 
Od "tamtego" zdarzenia nie minęły jeszcze dwa tygodnie, ale on był już zupełnie innym człowiekiem. Przynajmniej tak mu się wydawało. 
Jeden, dwa, trzy… Kolejne płyty chodnika przewijały mu się przed oczami. Nie miałby nic przeciwko, gdyby przez resztę życia miał patrzeć tylko na nie. W sumie, dlaczego nie miałyby to być płyty chodników w Nowym Jorku? Może rzeczywiście to dobry pomysł, żeby wyjechać… W sumie, nie miał wyboru…
W zamyśleniu minął kiosk. Nagle przystanął i cofnął się. Otworzył szerzej oczy. Na wystawie wszystkie brukowce miały podobny tytuł, który można było skrócić do trzech wyrazów: Ohno Satoshi bankrutuje! Pod spodem na każdej okładce tkwiło równie złe ujęcie Ohno. 
Nino złapał pierwszą z brzegu gazetę i zaczął nerwowo szukać odpowiedniej strony. Czuł, że powinien odłożyć tego szmatławca. To wszystko przeminęło, ale jednak…
Zaczął przeskakiwać wzrokiem z wyrazu na wyraz. Mimo, że artykuł był bardzo długi, nic z niego nie wynikało. Tyle tylko, że "jeszcze wczoraj poważany przez wszystkich przedsiębiorca i jeden z najbogatszych ludzi w Japonii, dziś staje się oszustem i nędzarzem". Nino mógł się tylko domyślać, co się do tego przyczyniło.
Chociaż inni klienci kiosku zaczęli z irytacją mamrotać, żeby w końcu się ruszył i przestał tarasować przejście, nie zrobił ani kroku. 
Właściwie to wstydził się jednej rzeczy. Że śmierć Kokiego, nie wstrząsnęła nim tak bardzo, jak powinna. Bardziej dotknął go obraz, którego nie mógł pozbyć się z pamięci: oprawcy brata, całego pokrytego, jego ciepłą jeszcze, krwią… 
Przerażało go to nowo odkryte okrucieństwo Ohno. Napawała lękiem łatwość, z jaką pozbawił Kokiego życia. Odrzucały jego kłamstwa i puste obietnice. 
Ktoś go popchnął i zaczął głośno kląć. Nino odłożył szybko gazetę na miejsce i zaczął znowu iść przed siebie. 
Jakiś słaby, ale natrętny głosik mówił mu, że Ohno, owszem, był okrutny, ale nigdy nie udawał miłości do niego. 
Nino przystanął.
Zanim rozpocznie nowe życie, czuł, że ma obowiązek pożegnać się ze starym.


Otworzył drzwi bez trudu. Ohno najwyraźniej nie miał czasu, by zmienić kod wejścia. Nie czekając dłużej, poszedł w głąb mieszkania. 
Układ mebli, ustawienie poduszek na szczycie łóżka, zapach odświeżacza… Wszystko wyglądało tak, jak wtedy, gdy opuszczał to miejsce…
Nagle coś go tknęło. 
Wszedł do kuchni, potem do łazienki; zajrzał do szafy i do wszystkich półek. Ubrania, bielizna, buty, jego ulubiony kubek, szczoteczki do zębów i fartuszki, które kiedyś kupił - wszystko to zniknęło. W mieszkaniu nie było już ani jednej rzeczy należącej do niego. 
Ohno wyrzucił go ze swojego życia równie szybko, jak załatwiał swoje interesy. Mimo wszystko czuł żal…
Znalazł się w końcu na środku salonu. Rozejrzał się jeszcze raz wokoło i opadł bez sił na puszysty dywan. 
Ohno tak po prostu pozbył się wszystkiego, co mu się "źle" kojarzyło. Pozbył się wspomnień… Dlaczego on - Nino - nie może, nie potrafi zrobić tego samego? Przecież ma do tego większe prawo niż tamten.
Westchnął. Powinien już iść. Jutro ma lot, a poza tym, mogą jednak zacząć go szukać. 
Nagle przypomniał sobie o czymś. O kartce, którą kiedyś dał mu Koki. Nagryzmolony na niej, nie tak wyraźny, jak kiedyś, adres jego domu i kod do sejfu wciąż przypominały mu jak był słaby i mało znaczący. 
Ponad tydzień temu uciekł przed strasznym obrazem, który, mimo to, wciąż tkwił w jego głowie. Nie wiedział, dokąd biegnie i co ma robić, ale ktoś zadecydował za niego, wrzucając go do podstawionego auta. Był w zbyt wielkim szoku, żeby protestować, poza tym, w tamtym momencie chciał być jak najdalej od Ohno.  
Seiji, którego więźniem tak nagle się stał, był dziwny, zbyt entuzjastyczny i przez to sztuczny. Czasami jednak, przyglądając mu się ukradkiem, dostrzegał w jego spojrzeniu niechęć, a nawet żal. 
Seiji miał jednak dwie dobre cechy - po pierwsze dał mu przenośną konsolę do grania, a po drugie często zostawiał go samego zamkniętego w pokoju. Dzięki temu mógł przemyśleć dokładnie swoją sytuację. Wtedy też przypomniał sobie o kartce Kokiego i postanowił zaryzykować. Poprosił Seijiego o to, by mógł pojechać do domu brata. Tamtemu najwidoczniej dobrze się wiodło w interesach i jego plan działał, przez to miał jeszcze lepszy humor niż wcześniej, więc nie robił żadnych trudności. Poza tym, Nino, podczas swojej niewoli, starał się być naprawdę spokojny i nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Tylko raz, na samym początku, gdy znalazł się w aucie Seijiego, puściły mu nerwy i szepnął bardziej do siebie niż do tamtego, że chce się zemścić na Ohno. To było naprawdę głupie. Zwłaszcza dlatego, że Seiji potraktował groźbę poważnie i powiedział o niej Satoshiemu przez telefon, nieznacznie przekształcając znaczenie jego wcześniejszych słów. 
Z samej rozmowy wynikało, że Seiji i Ohno mają bardzo nie po drodze i są rywalami. Nino wtedy zrozumiał, dlaczego blondyn trzymał go tak pieczołowicie pod kluczem i aż dotąd niczego mu nie zrobił. W tym wypadku, widać wystarczała mu sama świadomość, że miał dobrą kartę przetargową w postaci kogoś, kto był dla Ohno ważny. 
A jeśli chodzi o kartkę Kokiego… 
Jego dom był gigantyczny i pełen przepychu. Podczas, gdy Seiji przechadzał się znudzony po korytarzach, Nino ostrożnie wchodził do każdego pomieszczenia i szukał czegoś, co, do otwarcia się, potrzebowało wpisania rzędu cyfr. W końcu w jednym z pokoi, wyglądających na gabinet, dostrzegł to, czego szukał. Co dziwne, sejf nie był w żaden sposób ukryty. Stał sobie centralnie na stole, jakby czekał aż ktoś go otworzy.
W środku były pieniądze, bardzo dużo pieniędzy i czeki. Dodatkowo, jakieś dokumenty, akty własności, dowody zakupu kilku samochodów i nieruchomości, kilka pierścionków etc. Nino wolał się nie zastanawiać, skąd Koki miał takie sumy. Pomiędzy papierami tkwiła żółta karteczka, a na niej numer telefonu. Nie zwróciłby na nią większej uwagi, gdyby pod numerem nie było napisane: Kazu, zadzwoń tu. Przetarł oczy, ale zdanie nie zniknęło, więc zaczął rozglądać się za telefonem. Ten stał sobie najspokojniej w świecie obok sejfu i działał. Nino spojrzał szybko w stronę drzwi. Na szczęście Seijiemu wcale się nie spieszyło albo też nie chciał mu przeszkadzać w wypłakiwaniu sobie oczu po stracie brata. Jakakolwiek nie byłaby to przyczyna, blondyn nie zamierzał wchodzić do gabinetu, którego drzwi na szczęście były wystarczająco grube, by ukryć nawet głośniejsze rozmowy. Mimo to należało być bardzo ostrożnym.
 Nino wstukał szybko numer i czekał z zapartym tchem na głos po drugiej stronie słuchawki. Odpowiedział mu jakiś niski bełkot.
- Halo? Kto mówi? - zapytał cicho. Bełkot się powtórzył. Ktoś chyba mówił w innym języku.
- Halo? Czy mówisz po japońsku? - znowu zapytał Nino.
Nagle zrobiło się cicho, a później odezwał się już po japońsku drugi, męski głos:
- Koki? Ty żyjesz? 
Nino wzdrygnął się na dźwięk imienia swojego brata.
- Nie, to nie Koki…
- To kim jesteś?
- Nazywam się Ninomiya Kazunari i miałem zadzwonić pod ten numer.
- Ty jesteś Nino? To dobrze. Musisz z nią porozmawiać.
- Z nią? Dobrze, ale mam mało czasu.
Znowu nastała cisza. W końcu znowu ktoś się odezwał. Tym razem był to kobiecy głos.
- Nino, to ty? - Kazunari skądś znał ten głos.
- Tak, kim jesteś i czego chcesz?
- To ja Inoue. Wiem, że jesteś teraz u Seijiego. Obiecuję, że cię stamtąd wydostanę. Niedługo przekażę ci więcej informacji przez jednego z podstawionych ludzi Seijiego. Nie martw się.
Sygnał się urwał. 

...

Nino wspominając przeszłe wydarzenia, zasnął na puszystym dywanie w domu Ohno, nie wiedząc, że jego właściciel właśnie wstukiwał kod do drzwi…

10 kwietnia 2015

[Bang!] 17~ MAFIA II

TYTUŁ: MAFIA II
AUTOR: [Bang!]
PAIRING: Ohmiya (Ohno Satoshi x Ninomiya Kazunari)
GATUNEK: mafia, sensacyjny, komedia, dramat, obyczajowy
KATEGORIA: 17+



Ryu przeciągnął się i coś mu strzyknęło w stawie. Jęknął boleśnie łapiąc się za ramię i otworzył spuchnięte oczy. Skrzywił się, gdy poraził go nadmiar światła. Naraz uświadomił sobie, że znajduje się w pozycji leżącej i przykrywa go niebieski kocyk. Podniósł się i zaczął rozglądać spod półprzymkniętych powiek. Coś mu tu nie pasowało.
Nagle zaczęło mocno trząść i Ryu samoistnie znowu się położył. Chciał wstać, ale czyjaś ręka przytrzymała go za ramię. Chłopak spojrzał szybko w bok i złapał się za szyję. Była rozpalona i piekła żywym ogniem. Wymacał palcami niewielki opatrunek i na chwilę zapomniał o nieznajomej ręce.
'Proszę zostać na miejscu, panicz Hara pilotuje.' - Ryu spojrzał z wysiłkiem w duże, roześmiane oczy cudzoziemki. - 'Pilotuje...' - powtórzył za nią. Wciąż jeszcze nie do końca wiedział, co się dzieje. Nagle otworzył szerzej oczy i zaczął się rozglądać, jakby dopiero co tu przyszedł. Nie ulegało wątpliwości, że znajduje się w kabinie małego samolotu. Wstał pospiesznie odsuwając od siebie rękę kobiety. Och, i miał na sobie różową, szpitalną piżamę. Czara goryczy została przelana.
'Nie poszło mi dziś za dobrze.' - Ryu obrócił się w stronę głosu, który skądś znał i zaraz tego pożałował. Szyja zaczęła go palić jeszcze mocniej niż wcześniej.
'Jak się masz, słodziaku? - zapytał radośnie Seiji i usiadł w fotelu obok. Miał na sobie letnią koszulkę w niebiesko-białe pasy i słomkowy kapelusz na głowie.
Ryu zamrugał szybko oczami, próbując dostosować się do nowej sytuacji.
Pierwsze, co zanotował to to, że blondyn z jakiegoś powodu tryska energią i humorem, i przez to nie wydaje się być tak straszny, jak przy poprzednim ich spotkaniu. 'Pewnie dostał jakiś cynk' – pomyślał chłopak. Na pewno tak. Pozostawała tylko jedna tajemnica do rozwiązania – co w takim razie, on tu robi?
Trwając w stanie zamyślenia i składania faktów do kupy, usiadł ostrożnie obok Seijiego, próbując nie patrzeć na różowy komplet i pod żadnym pozorem nie poruszać szyją.
'Boli?' - usłyszał głos dobiegający z przyległego fotela.
'Nie' – odpowiedział szybko, nie całkiem zgodnie z prawdą.
'Pokaż' – powiedział głos, a palce powędrowały do osłoniętego miejsca na szyi.
'Nie' – Ryu poruszył się gwałtownie i zacisnął zęby z bólu. Ile to jeszcze będzie trwało? Ile jeszcze będzie dawał sobą rządzić? Czuł, że nie kontroluje już swojego życia, ba, że nigdy go nie kontrolował, że zawsze poddawał się przypadkowym sytuacjom i osobom, dla których nic nie znaczył. Nie był niezależny i to bolało go najbardziej.
Sięgnął do szyi i zdjął opatrunek, po czym zerwał się i wyszedł w stronę łazienki. Wiedział doskonale, gdzie się kierować. Już nie raz latał takimi samolotami jak ten. Wszedł pospiesznie do łazienki i zamknął za sobą drzwi. Nikt mu w tym nie przeszkodził. Podszedł do lustra. Patrzyła na niego para sfrustrowanych oczu. Co powinien zrobić? Obrócił delikatnie szyję w prawą stronę i przybliżył ją do lustra. Miał na niej tatuaż, niewielki i zaczerwieniony. Dotknął go palcem. Był prawdziwy i przedstawiał małego, czarnego lisa. Jego kita okalała miejsce za uchem.
'Jaki ma w tym cel?' - zapytał sam siebie. - 'Czego może chcieć tak bardzo, że zostawił mnie przy życiu?
'Myśli, że coś wiem.' - Oparł się ciężko o ścianę. - 'Ale ja mało wiem, w każdym razie nic przydatnego. Oczywiście jest jeszcze Inoue – ta, z którą kiedyś pracował. Spotykał ją potem wiele razy w towarzystwie Ohno i uświadomił sobie, że nie należy do świata pracowników agencji reklamowej – o czym do niedawna był przekonany, ale do innego, niebezpiecznego świata, w którym funkcjonował również Satoshi. Była też tą, z którą podjął współpracę i która wysłała go na bardzo ważną misję wykradzenia danych, co miało scementować ich związek interesów, a tak naprawdę wykorzystała go i zostawiła samemu sobie. Wczoraj bał się tak bardzo, że zapomniał o zdrowym rozsądku, a przecież jedyne, czego chciała, to się go bezboleśnie pozbyć. Musiała przecież wiedzieć, że blondyn nie trzyma danych w jednym miejscu. Czuł również, że jej groźby były częścią roli i nie wykona ich, bo on, oprócz tego, że jest dla niej małym chłopcem, jest również jedynie pionkiem w tej grze. Kto zatem jest królem?'
Oderwał się od ściany i zaczął machinalnie przeszukiwać kieszenie szpitalnych spodni. Niczego w nich nie było. Niewielka strata - nawet gdyby miał telefon, nie miałby do kogo zadzwonić po pomoc. Nagle w głowie zaświtała mu pewna myśl. Król szachowy jest w centrum uwagi wszystkich pionków – albo go atakują albo bronią. Gdy umiera, ci ostatni na tym tracą. Król... Obrona... Atak... Kto jest w centrum wydarzeń? O kogo się biją? Kogo chcą... znaleźć?
Zmrużył oczy.
'To Nino chcą znaleźć' - szepnął w duchu. Kto konkretnie i dlaczego? Na pewno Ohno – pobudki uczuciowe, być może Seiji – żeby pognębić Ohno i odzyskać zakładnika. Inoue z pewnością pomaga Satoshiemu. Kto jeszcze jest w to zamieszany? Znak zapytania. Ale czy Nino rzeczywiście jest coś warty, sam w sobie?  Po raz ostatni widział go na zebraniu mafiozów. Tamten przyszedł razem z Seijim, ale wyszedł już sam. Ryu obserwował całe zajście w sali, do której wśliznął się, korzystając z zamieszania. Ohno nawet nie zauważył jego obecności, a po incydencie Nino z bronią, zostawił go i wyszedł gdzieś z blondynem.
Mimo, że od czasu śmierci swojego ojca – Kaneshiro – widywał się dość często z Ohno, nigdy nie dowiedział się, dlaczego Kazunari przestał przychodzić do pracy i gdzie obecnie się znajduje. Całe osiem dni temu zniknął otoczony wielkimi, nalanymi ciałami Chińczyków. Co jeśli nie jest tym, za kogo się podawał?
Ryu znowu spojrzał w lustro.
Jeśli Nino rzeczywiście jest królem, należy go odnaleźć i się do niego przyłączyć... a potem zabrać mu wszystko i przestać liczyć na kogokolwiek. W końcu.
Nagle szczęknęła klamka i w drzwiach łazienki pojawił się Seiji.
'Podoba ci się?'
Zachowując kamienną twarz, Ryu odkręcił kran i zmoczył palce w zimnej wodzie, po czym przyłożył je do rany. Jeżeli blondyn, zamierzał odszukać Nino, a wszystko wskazywało na to, że zamierzał - to nie miał wyjścia, musiał wejść w ryzykowną rolę i nie dać się zabić.
'Jeśli trzymasz mnie tu po to, żeby dowiedzieć się, kto mnie wczoraj przysłał, muszę cię rozczarować, niczego nie powiem. Tamtego kogoś boję się bardziej od ciebie.'
'Tak, wiem i uważam, że to fascynujące.' - Seiji podszedł wolno do Ryu. - 'Ale mnie też się boisz, a to z kolei uważam za słuszne. Za mało osób to czuje, a mi jest potem przykro, gdy dzieją im się takie rzeczy.' - Blondyn dotknął palcem wytatuowanego lisa.
'Bałem się ciebie, więc dlaczego to mam?'
'Chciałem cię sprawdzić i jestem zadowolony z wyniku. Nie wydałeś swojego wspólnika, a to się ceni.'
'Może po prostu zemdlałem w trakcie i nie miałem okazji' – mruknął z przekąsem chłopak.
Seiji mocniej przycisnął tatuaż. Ryu skrzywił się boleśnie i przykrył go dłonią.
'Jedno mnie zastanawia...' – dodał blondyn od niechcenia. - 'BAŁEŚ się, a to znaczy, że już się nie boisz – szybko' – stwierdził i zrobił krok do tyłu.
Ryu obserwował w lustrze jak tamten ogląda go ze wszystkich stron i zaniepokoiło go to trochę.
Co, jeśli blondyn jest tego samego pokroju, co Ohno i Nino i zabrał go ze sobą tylko po to, żeby z nim sypiać? To w końcu odpowiednia rola dla pionka. Ryu skrzywił się, tym razem z niesmakiem. Przynajmniej w końcu wiadomo, dlaczego tu jest – na pewno nie przez żadne hakerskie umiejętności, ani wierność wspólnikowi, ale dla młodego ciała. Do pewnych sytuacji nie trzeba dobudowywać filozofii.
Problem tkwił w tym, że Ryu nie był gejem, nie był nawet biseksualny, co deklarował w poprzedniej pracy, do której, w celach ochronnych, wysłał go ojciec. Bycie udawanym homoseksualistą okazało się bardziej korzystne niż się spodziewał. Nikt nie brał go na poważnie, w czym pomógł wyćwiczony odruch „połamanych nadgarstków” i udawane zainteresowanie modą, poza tym mógł chodzić wszędzie z młodymi pracownicami, zwłaszcza z Chie, która mu się podobała, i której próbował, w miarę swoich skromnych możliwości, dać to do zrozumienia, co spełzło na niczym z chwilą, gdy został zmuszony opuścić agencję.
Przez swoje przejścia miał podstawy twierdzić, że Nino wcale nie musiał być szczery, skoro on sam tak łatwo wszystkich oszukał.
'Kim jesteś naprawdę?' – zapytał nieobecnego Kazunariego.
Seiji dotknął jego włosów i Ryu wyrwany z zamyślenia, aż podskoczył z wrażenia. Obrócił się szybko twarzą do blondyna, gotowy bronić resztek swojej czci.
'Niezły jesteś, ujdziesz' – stwierdził po dokładnych oględzinach jego towarzysz.
'W jakim sensie?' - spytał chłopak, chociaż domyślał się odpowiedzi.
'Ogólnym.' - Seiji przyłożył rękę do brzucha tamtego.
Ryu poruszył się niespokojnie, gotowy w każdej chwili użyć jednego z chwytów judo, które trenował od dzieciństwa, gdyby tamten zdecydował się zrobić o jeden ruch za dużo.
Seiji oderwał rękę i pokiwał głową z uznaniem.
'Nadajesz się. Można powiedzieć, że z nieba mi zleciałeś.' - Ryu zamrugał oczami. - 'A tak w ogóle, nie wiem czy ten twój osławiony wspólnik ci mówił, ale jestem Seiji.'
'Ryu' – przedstawił się chłopak i automatycznie wyciągnął rękę.
'Nie muszę wiedzieć, jak masz na imię, ważne żebyś ty znał moje' – oznajmił blondyn i obrócił się wokół własnej osi. - 'Zbieraj się, za pół godziny będziemy na miejscu.'
'Gdzie dokładnie?'
'W Dubaju.'
'Eee?!'


Ryu siedział wciśnięty gdzieś między talerzem z niedojedzonym obiadem a trzema fałszywymi paszportami. Blondyn rozmawiał z jakimś grubym, starym facetem, a on słuchał wciąż tej samej melodii – burczenia własnego brzucha. Zastanawiał się, czy nie powinien stąd uciec i spróbować poszukać Nino na własną rękę albo – co było rozsądniejsze – wrócić do Japonii, gdzie rozumiał, co się do niego mówi. Tutaj nie pojmował niczego. Wszyscy rozmawiali w jakimś dziwnym języku, czasem nawet po angielsku, ale co z tego, skoro on potrafił się w nim tylko przedstawić i zapomniał na śmierć jak jest „lotnisko”. Poza tym nie wiedział, gdzie dokładnie leży Dubaj - jedyne co w ogóle wiedział to to, że jest tu koszmarnie gorąco i jest strasznie głodny.
Spojrzał na Seijiego, który z daleka coś negocjował i westchnął. Chyba się trochę przeliczył. Nie sądził, żeby Kazunari był w tym mieście, wśród jakichś Arabów. Blondyn musiał szukać czegoś albo kogoś innego i to w związku z własnymi interesami, a on – Ryu – miał mu w tym pomóc. Nie wiedział tylko w jaki sposób.
'Idziesz czy zostajesz?' - Seiji stał nad nim i przeglądał jakieś papiery.
Ryu przybrał zakłopotaną minę.
'Naprawdę muszę chodzić w tym?' - Wskazał na różowy, szpitalny komplet.
'Jedziemy właśnie, żeby ci coś kupić. Wstawaj.' - Seiji zniknął za drzwiami i wpuścił uliczny hałas.
Ryu wypadł za nim z prędkością światła. Może nikt nie zauważy jego dziwnego ubioru, jeśli będzie się szybciej poruszał.
Seiji złapał prędko taksówkę i już jechali zatłoczonymi ulicami miasta, które, ku zdziwieniu chłopaka, było do bólu nowoczesne i bardziej przypominało Tokio niż slumsy. Pozostawała jedna kwestia do rozstrzygnięcia, a właściwie dwie.
'Jestem głodny.'
Blondyn wciąż wpatrzony w papiery wyciągnął rękę i zmierzwił mu włosy.
'Wiem, ale musisz chwilę poczekać, mamy napięty grafik.'
'To twój grafik, nie mój' – odburknął razem ze swoim brzuchem Ryu. - 'A tak w ogóle, jaką ja mam w nim rolę?'
Seiji spojrzał na niego, jego ręka wciąż była wplątana we włosy tamtego.
'Chyba poczułeś się zbyt pewnie, chłopczyku.'
Trzask rozbijanej szyby i przenikliwy odgłos klaksonu ogłuszyły na moment Ryu. Poczuł szarpnięcie za włosy i ból w szyi, po chwili leżał już przyklejony twarzą do fotela.
'Oho, zaczyna się.' – Usłyszał mamrotanie Seijiego. Potem odgłos otwieranych drzwi samochodu i szereg wystrzałów.
'Jeżeli to przeżyję, obiecuję już nigdy więcej...' - zaczął w myślach Ryu, ale nie dokończył, bo taksówkarz nacisnął pedał gazu i w kilka sekund zrobiło się tak spokojnie jak wcześniej.
'I właśnie o tym mówię. Nigdy nie można być zbyt pewnym siebie, bo wtedy zdarza się coś, co cię tej pewności pozbawia.' - Chłopak podniósł się pospiesznie z niewygodnej pozycji i usiadł prosto jakby nic się nie wydarzyło. - 'I robi z ciebie głupka' – dodał Seiji i schował broń.
'Może zmienimy taksówkę?' - zaproponował Ryu najspokojniej jak potrafił.
'Nie trzeba, takie rzeczy dzieją się na porządku dziennym. Potraktuj to jako komitet powitalny. Wszystko dzięki miłemu panu od fałszywych dokumentów.' – Cmoknął z niezadowoleniem. - 'Daleko jeszcze?' - rzucił w stronę kierowcy.
Ryu poczuł, że to wszystko jest nie na jego nerwy.


'Tak, ta może być, poproszę jeszcze tamte spodnie. Ile płacę?' - Ryu siedział na białej kanapie w którymś z butików Armaniego i przysłuchiwał się rozmowie Seijiego z ekspedientką. Był ubrany w coś, co na pewno założyłoby jego homoseksualne alter ego, ale nie prawdziwy on - zbyt kolorowe i przyciągające uwagę, poza tym kosztujące majątek. Wprawdzie nigdy nie liczył pieniędzy i nie oszczędzał na niczym, ale wszystko miało swoje granice. Majtki z metką za kilka zer nie wchodziły w rachubę.
Nie przejął się swoim strojem tak bardzo jak należało, zajęty wyciąganiem odłamków szkła z włosów i rozmyślaniem o rzeczach ostatecznych.
'Nie gap się, musimy iść!' - wykrzyknął Seiji i pobiegł do drzwi.
'Znowu?' – jęknął Ryu i pomaszerował za nim. - 'Jestem bardzo ciekawy, dlaczego kupiłeś mi takie drogie ubrania?'
'Nie martw się, podałem nazwisko Ohno Satoshi, a on ma ogromną zniżkę. Widać i tu musiał coś szmuglować' – powiedział do siebie blondyn.
'To gdzie teraz jedziemy?'
'Do hotelu, chcesz usłyszeć jaka jest twoja rola?'
'Marzę o tym.'
Wsiedli do kolejnej taksówki. Ryu przywarł do fotela, gotowy w każdej chwili paść plackiem na podłogę.
'To proste – musisz kogoś uwieść.'
Chłopak uniósł jedną brew.
'Wiesz, nie jestem w tym dobry. Jedyna dziewczyna, która mi się podobała, była  zainteresowana bardziej moim zdaniem na temat torebek niż spotykaniem się ze mną.'
'Jestem z tobą całym sercem, ale, jakby to ująć, nie mówię o dziewczynach.'
Ryu zbaraniał na moment.
'Starszych kobiet tym bardziej nie potrafiłbym uwieść.'
Seiji pokręcił głową.
'Czasami wydajesz się być taki mądry, ale to szybko mija. Chodzi mi o facetów, a konkretnie jednego, dziś w nocy.'
'Żartujesz, prawda? Nie wiem, ile o mnie wiesz, ale oznajmiam ci, że nie jestem osobą tego typu - Nino jest, Ohno jest, ale nie ja. Koniec.'
Seiji pomachał mu palcem przed nosem.
'Już trzeci raz zapominasz, że nie jesteś tu po to, żeby mieć własne zdanie. Współpraca ze mną, na którą wyraziłeś chęć, polega na wykonywaniu MOICH poleceń. Nie ma tu żadnej ideologii. Masz robić to, co ci każę i może w przyszłości dokądś zajdziesz.'
Ryu poczerwieniał. To tak to wyglądało. Miał wykonywać brudną robotę. Poczuł, że przynajmniej na razie, nie ma innego wyjścia.
'Co to za facet?'
'Nazywa się Aiba Masaki i - powiem krótko – potrzebuję chwili jego nieuwagi. Ty masz mi ją zapewnić.'
Chłopak wskazał na siebie.
'Ja? Skąd wiesz, że mu się spodobam?'
'Jemu podoba się wszystko, co ma urocze i niepełnoletnie ciała. Z naciskiem na to drugie.'
'To się nazywa pedofilia' – stwierdził z przekąsem Ryu.
'To właśnie pociąga go najbardziej.'
'Mam nadzieję, że nie jest jakimś starym dziadkiem?'
'Nie jest, ma ze 30 lat.'
Ryu wzniósł oczy ku górze.
'Dla siedemnastolatka JEST starym dziadkiem' – skwitował.
Seiji w mgnieniu oka złapał go za ucho i zaczął tarmosić, kompletnie ignorując przekleństwa płynące z ust właściciela ucha.
'Jesteś nieposłuszny i wredny – nie taki towar zamawiałem.'
Ryu ocknął się. Miał grać swoją rolę, wprowadzić tamtego w błąd, oszukać, tak samo jak zrobił to kiedyś ze wszystkimi kolegami z agencji, tymczasem jedyne, co od początku robił, to był sobą.




Hotel, w którym Seiji zarezerwował pokój, miał kształt żagla i siedem gwiazdek na koncie. Ryu podarowałby mu jeszcze pięć, gdyby obsługa szybko dostarczyła mu coś do jedzenia.
'Jestem głodny' – wyjęczał przed samym wejściem do przybytku milionerów.
Seiji niewzruszony, minął go i wszedł do środka.
'Jestem głodny, słyszysz?' - Ryu zablokował mu drogę. Ręka blondyna, nie wiadomo już który raz z rzędu, powędrowała do włosów młodszego. Tamten odsunął ją stanowczo.
'Wystarczy. Nie wyrażam zgody na jakiekolwiek dotykanie. To narusza moją przestrzeń osobistą.'
'Dopóki nie będziesz grzeczny, będę ją naruszał regularnie – słowo harcerza.'
'Dasz mi wreszcie jeść?'
'Zachowujesz się jak rozkapryszony bachor.'
'Bo jestem głodny!' - Ryu już prawie krzyczał.
'Kto ci kazał obrażać się na jedzenie w samolocie?'
'Nie obraziłem się, tylko... Po prostu nie!!'
Seiji popchnął go w stronę windy.
'Idziesz pierwszy i już się nie odzywasz, jasne?'



Pojechali windą na odległe piętro. Każdy korytarz, przez który przejeżdżali, pełen był ludzi w barwnych ubraniach i Ryu, widząc, że nie odstaje od reszty, poczuł się trochę lepiej w swojej oczojebnej marynarce.
Dotarli w końcu do zarezerwowanego pokoju. W punkcie centralnym stało wielkie, niebieskie łóżko – zresztą wszystko tam było błękitnego koloru. Chłopak natychmiast zauważył brak drugiego do kompletu, ale postanowił trzymać język za zębami - przynajmniej do czasu aż się naje.
Seiji zamówił małą górkę jedzenia, w tym kilka japońskich potraw, za co Ryu był mu bardzo wdzięczny.
'Kiedy mam się spotkać z tym Masakim?' - zapytał z pełną buzią.
'Wieczorem, razem tam zjedziemy.'
Ryu przestał na chwilę jeść.
'To może głupie pytanie, ale co ja właściwie mam tam robić?'
'Hm, nie wiem. Może w szachy pograsz' – odpowiedział z przekąsem Seiji.
'Pytam na poważnie.'
'A co masz robić w towarzystwie napalonego pedała, pytam się?!' - zdenerwował się blondyn.
'Oznajmiam, że jeśli on rzuci się na mnie, straci klejnoty.'
'Rób co chcesz, oby to trwało ponad godzinę.'
'Mogę zapytać, czego szukasz?'
'Nie.'
Ryu zamyślił się nad łyżką miso.
Ma zadać to pytanie, czy nie? A co tam.
'Gdzie jest Nino?'
Seiji spojrzał na niego przelotnie, wkładając do ust wielki kawałek sushi.
'A żebym ja to wiedział. Na co ci to? Kumplowałeś się z nim?' - 'Aha, więc nic nie wie albo tylko udaje, że nie wie' – pomyślał szybko Ryu.
'I tak i nie. Nie spodziewałem się, że jest związany z mafią.'  
'Chyba z Ohno i z Nintendo. Do tej pory mi go nie zwrócił.' – Blondyn zrobił minę pełną zawodu.
'Dlaczego go porwałeś?'
Seiji spojrzał na niego znad stołu i skrzyżował ręce.
'Dobra, teraz moja seria pytań. Boli cię?'
Ryu odruchowo dotknął opatrunku.
'Pytasz jak seryjny morderca swojej ofiary – och, obdarłem cię ze skóry, bolało?'
'Widzę, że już nie boli.' - Blondyn zmrużył oczy. - 'Gdzie się uczysz?'
'Aktualnie nigdzie' – odparł lekko znużonym tonem chłopak. Tematy szkolne nie były jego mocnym punktem.
'Dlaczego siedemnastolatek nigdzie się nie uczy?'
'Już od ponad roku' – oznajmił spokojnie.
'Ty! Ty chcesz być jak baran Ohno i nie znać znaków?! Jak chcesz ze mną pracować, musisz chodzić do szkoły.'
Ryu tylko pokiwał głową.
'Z perspektywy czasu stwierdzam, że Ohno nie był taki zły, bardziej się rozumieliśmy.'
'Ach tak? Skoro chcesz już lecieć, pozwól że ci w tym pomogę' – Seiji wstał i podszedł do chłopaka.
'Nie zbliżaj się do mnie, trenowałem judo, mogę cię uszkodzić.'
'Martw się lepiej, czy ja nie uszkodzę ciebie za wszystkie spędzone z tobą godziny pełne męki. Możemy też mimochodem przećwiczyć twoją dzisiejszą rolę, skoro nie znasz kwestii.'
Ryu próbował wstać, ale został wręcz przygwożdżony do podłogi. Seiji wcale nie był taki delikatny, jak zdradzała to jego postura. Musiał trenować jakąś sztukę walki i prawdopodobnie miał w niej dość wysoki poziom.
'I co teraz powiesz?' - spytał patrząc w pełne pogardy oczy chłopaka.
'Powiem złaź. Nie jestem jakimś dywanem.'
'A co jeśli Masaki zrobi dziś w nocy to samo, co wtedy poczniesz, nieboraku?'
'Dlaczego ty nie możesz go obsłużyć? Młodo wyglądasz.'
'Ach, to teraz jestem młodym dziadkiem, tak?'
'Złaź, to wysoce niekomfortowa dla mnie sytuacja. Poza tym, chcę wziąć czekoladkę.'
Seiji wychylił się nieznacznie do tyłu i zabrał ze stolika zawiniątko w papierku.
'Proszę' – powiedział pochylając się jak pantera nad swoją ofiarą. Włożył rozwiniętą czekoladkę między zęby i czekał.
'Jesteś nienormalny' – skwitował Ryu i zaczął się szamotać jeszcze energiczniej niż wcześniej.
Seiji wyjął czekoladkę z ust i pochylił się nad nim, jakby chciał pocałować go w szyję. Ryu wstrzymał oddech. Poczuł delikatne chuchnięcie. Blondyn odsunął się i roześmiał wesoło.
'No popatrz jak ciebie szybko można uciszyć.'
Nagle z przyległego kąta zadzwonił telefon. Seiji zerwał się z miejsca, żeby go odebrać.
'O, to świetnie, zaraz schodzę, a właściwie – schodzimy' –  wypowiedział ostatnie słowo z namaszczeniem i odłożył słuchawkę.
'Nie leż tam jak ofiara gwałtu - rusz się! - pan Aiba Masaki zaprasza nas na drinka' – oznajmił radośnie.
Ryu podniósł się powoli.
Wszystko super, ale on wciąż nie wiedział, co tak naprawdę ma tam robić.

… 



Aiba Masaki był osobnikiem dość szczególnym. Zwłaszcza w porównaniu do Seijiego. Mianowicie, zachowywał się całkiem normalnie, sprzedawał im najlepsze żarty i pytał Ryu o wszystko, co tylko przyszło mu w danym momencie do głowy. Chłopak w końcu złapał się na tym, że przez większość czasu po prostu siedzi i chłonie każde jego słowo.
I kto tu kogo miał uwodzić?
'Ryu-kun, jesteś strasznie miły. Musimy się zaprzyjaźnić' – stwierdził Masaki, cały w uśmiechach. Chłopak odpowiedział mu tylko cichym syknięciem, gdyż stopa Seijiego dosłownie wgniotła mu jego własną w podłogę.
Ale blondyn miał rację. Minęła już ponad godzina, a on wciąż zastanawiał się jak ma zacząć ten kabaret.
'Ryu-kun, od jak dawna znasz się z naszym nieznośnym Seijim?' - Aiba spojrzał przelotnie na blondyna, który właśnie ziewał. - 'Mam nadzieję, że do niczego cię nie zmusza…' - Seiji rozpromienił się jak panienka i zamrugał kokieteryjnie w stronę Masakiego.
Ryu dopił szybko swojego drinka. Teraz albo nigdy.
'Aiba-san, może opowiem ci o tym na osobności?' - zaproponował Ryu przyklejając na twarz najszerszy uśmiech, na jaki go było stać. - 'Hara-san jest chyba bardzo zmęczony… poza tym to nieładnie obgadywać obecnych'. - Tu spojrzał na Seijiego, który z wrażenia aż przestał ziewać.
Ryu zwrócił się znowu w stronę Aiby.
'Może wybierzemy się na miasto? Jestem tu po raz pierwszy i nie wiem, co warto zobaczyć.'
Masaki odstawił powoli drinka i spojrzał mu w oczy.
'Mam znacznie lepszy pomysł. Chodźmy do mnie.' - Ryu głośno przełknął ślinę. Zaczyna się. I co teraz?
'M-Myślę, że pogoda jest tak piękna, że aż żal nie wyjść na świeże powietrze i nie pozwiedzać zabytków. Poza tym, j-ja niedługo wyjeżdżam i, sam rozumiesz, chciałbym coś zobaczyć. Z-Zwłaszcza, że Dublin… nie, Dubaj… jest taki piękny i…' - Aiba uśmiechnął się miło.
'Nie bój się o to, Ryu-kun. Po prostu w moim apartamencie jest wiele rzeczy, które chciałbym ci pokazać. Później, jeśli zechcesz, możemy jechać do centrum.'
Ryu odetchnął głęboko. Za głęboko. Ale Masaki niczego nie zauważył, bo stał już przy Seijim i się z nim żegnał.
'Seiji, jak miło, że wpadłeś.' - Aiba podał tamtemu rękę, którą blondyn uścisnął chyba odrobinę za mocno.
'Masaki, jak miło nas przywitałeś. Zwłaszcza na początku…' - Obaj przez chwilę mierzyli się spojrzeniami jak sępy. Trwało to dobrą chwilę, do czasu aż zadzwonił telefon Seijiego. Blondyn pokręcił się chwilę przy stoliku. W końcu odłożył komórkę.
'To pa' – rzucił szybko w stronę dwójki swoich towarzyszy, z których jeden wyglądał, jakby miał zaraz zejść z tego świata. W kilka sekund zniknął im z pola widzenia.
'To, co Ryu-kun, możemy już iść?' - Chłopak drgnął i spojrzał nieśmiało na uśmiechniętego Aibę.
O, Matko, i co teraz?! Gdy rozmawiał o tym wcześniej z Seijim nie wyglądało to tak strasznie, ale teraz… Niech go tylko ten stary pryk dotknie koniuszkiem palca, a popamięta!
'OK' – pisnął i ruszył za Masakim pięknymi korytarzami najlepszego hotelu świata.
Sam, za to, nie był w najlepszym nastroju.
Co miał tam robić? Głupek! Przecież dokładnie wiedział co. Tylko to słowo na 's' w ogóle nie przechodziło mu przez gardło. Ale może Aiba wcale tego nie chciał. Jest taki miły. Może w ogóle nie o to mu chodzi. Może…
'O czym tak rozmyślasz, Ryu-kun?'
'O niczym. Bardzo ładny… eee… korytarz.'
Aiba przystanął przed jakimiś drzwiami i otworzył je kartą.
'To tutaj. Wejdź i rozgość się.'
Chłopak przeszedł przez próg.



Pomieszczenie było naprawdę gigantyczne, a do tego krwistoczerwone.
'Aiba-san, czy potrafisz tu zasnąć? Ten czerwony jest bardzo intensywny.'
'Mało sypiam.'
Ryu zmroziła jego odpowiedź. Naraz włączyły mu się wszystkie ostrzegawcze lampki.
'To, co chciałeś mi pokazać?' - zapytał słabo.
Masaki uśmiechnął się.
'Hej, dopiero przyszliśmy, ale skoro się niecierpliwisz, wyjdź na balkon.'
Ryu ostrożnie, żeby przypadkiem nie dotknąć i nie zwalić jakiegoś bibelotu, ruszył w stronę balkonu.
Widok był niesamowity. Wokół niego rozpościerało się miasto w pełnej okazałości. Nagle rzeczywiście nabrał ochoty, by je zwiedzić.
'Niesamowite…' - wyszeptał.
'To prawda.' - przyznał Aiba. - 'Drinka?' - zaproponował.
Ryu bez wahania odebrał z rąk Masakiego szklankę czegoś kolorowego i zachłyśnięty widokami wypił ją do samego końca. Trochę zakręciło mu się w głowie.
'To, jak długo znasz się z Seijim?'
'Niedługo, właściwie dopiero od kilku dni.' – Ups, może jednak nie powinien mówić wszystkiego. - 'W każdym razie pracuję z nim i jakoś się dogadujemy.'
'To ciekawe, bo odkąd znam Seijiego, zawsze uważałem go za osobę trudną w obyciu. Ale mógł się zmienić…'
'Nie zmienił się, jest prawdopodobnie tak samo nienormalny, jak wcześniej.'
Aiba pokiwał głową.
'Myślałeś kiedyś, żeby go opuścić?'
'Pewnie!' - niemal wykrzyknął Ryu. - 'Cały czas, ale dopóki Seiji nie pozałatwia swoich spraw, nie mogę stąd wyjechać.' - Ryu odzyskał na moment świadomość. Jak będzie tak dalej plótł, w końcu się wygada. Koniec z piciem.
Nagle poczuł palce we włosach. Przez chwilę z szoku nie mógł się poruszyć.
'Ładnie pachniesz' – szepnął mu do ucha Masaki. Ryu odepchnął go lekko od siebie i cofnął się o kilka kroków w tył.
'M-Może pójdziemy już na dół. Trzeba wezwać samochód.'
'Nie ma takiej potrzeby.' - Serce Ryu załomotało. Musi stąd uciec. Ten facet wyraźnie miał na niego chętkę.
Był kiedyś razem z dziewczynami z agencji w klubie gejowskim. Obmacano go tam z każdej strony, dosłownie. Ale czegoś się nauczył. Wiedział już, kiedy ktoś patrzył na niego pożądliwie. Taki wzrok miał teraz Masaki. Musiał stąd wiać.
'Aiba-san, skoro się rozmyśliłeś, pójdę już do swojego pokoju' – wymamrotał chłopak i nie patrząc na Masakiego, ruszył szybko w stronę drzwi. Zanim jednak przeszedł przez próg pomieszczenia, chwyciło go mnóstwo rąk. Nie miał nawet szansy, żeby machnąć nogą. Zanim się obejrzał, leżał skuty, nagi od pasa w dół, na wielkim, krwiście czerwonym łożu. Wokół niego stało z dziesięciu chłopaków. Nie mogli być starsi od niego.
'Ryu-kun, jest stanowczo za wcześnie, by się rozstawać. Mam ci jeszcze tyle do pokazania… Panowie, czyńcie powinność!'
Dwaj chłopcy wgramolili się na łóżko i podciągnęli mu koszulkę nad głowę. Po kilku sekundach Ryu leżał już goluteńki na łóżku. Jego twarz przybrała zdziwiony wyraz.
Chłopcy w międzyczasie okupili podłogę za łożem i zajęli się sobą. Ryu mógł tylko słuchać ich jęków i mlaskania.
On też jęczał, tyle że w myślach: Seiji, ty cholero, gdzie jesteś?!
'Ryu-kun, opowiedz mi coś o sobie. Jesteś jedynakiem, prawda?' - Aiba usadowił się wygodnie pomiędzy nogami młodszego i zaczął od niechcenia muskać wnętrze jego ud.
Chłopak drgnął, a odcień jego ciała momentalnie dopasował się do koloru łóżka.
'P-Poczekaj, dogadajmy się. M-Mam mnóstwo pieniędzy. Jeśli mnie puścisz…'
Masaki zaśmiał się cicho.
'Nie śmiej się, to są grube miliony! Wolisz pieniądze, czy oskarżenie o pedofilię? Wybieraj!!'
Aiba, nie przestając błądzić palcem po różnych zakamarkach ciała młodszego, prychnął cicho.
'Jesteś rzeczywiście dość kłopotliwy, ale nie bój się, będzie ci ze mną dobrze.'
Ryu nie wytrzymał i zaczął się szarpać. Nie dało to jednak żadnego rezultatu. Jedyne, co osiągnął, to jeszcze większy rumieniec na policzkach, tym razem z wysiłku.
'Puść mnie, ja tylko udawałem! Jestem podstawiony! To wszystko przez Seijiego! Musisz go złapać! On właśnie coś ci kradnie!' - krzyczał chłopak ostatkiem sił.
'Nie kradnie, bo… sam mu to coś dałem' – oznajmił Aiba.
'S-Sam?'
'Kupił informację w zamian za oddanie mi ciebie.'
'Że co?!!'
Aiba zaplątał swoje długie palce we włosy chłopaka. Bynajmniej nie te na jego głowie…
Oczy chłopaka zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki.
'Puść mnie, puść mnie, puść mnie!' - krzyczał, szamocząc się coraz bardziej aż na skutych kajdankami nadgarstkach i kostkach nóg zostały mu czerwone ślady.
'Jesteś uroczy, Ryu-kun. Gdy Seiji po raz pierwszy wspomniał mi o tobie, od razu poczułem pragnienie, żeby cię zobaczyć.'
'Czego chcesz? Dam ci wszystko, tylko mnie nie gwałć.'
'Ostatni chłopiec, który tu był, nie wychodził stąd przez tydzień. A jak już wyszedł, musiał od początku uczyć się chodzić…' - Ryu momentalnie zbladł, na co Aiba tylko się zaśmiał.
'Żartowałem. A tak na poważnie – wcale nie zamierzam cię gwałcić, czy wykorzystywać w jakikolwiek inny sposób. Ktoś zrobi to za mnie, a dokładniej – twoi przyszli klienci.'
Ryu zdębiał. Przestał nadążać za tokiem myślenia starszego.
'Jest dokładnie tak, jak myślisz, Ryu-kun. Twój Seiji sprzedał cię do burdelu. W zamian za informację. Miło z jego strony, nieprawdaż?'
A więc to tak?! - Na policzki chłopaka wróciły rumieńce. - Sprzedał go komuś od tak! „Twój Seiji” - niech go szlag!!
Zaczął szarpać się jeszcze bardziej niż wcześniej. Nagle jeden nadgarstek wysunął się z kajdanek. Ryu złapał oswobodzoną ręką za włosy Aiby i pociągnął je z całej siły do siebie.
Masaki wrzasnął z bólu.
'To za „twojego Seijiego”!' - Druga ręka również została uwolniona i teraz obie pracowały zawzięcie nad fryzurą starszego.
Kłopot polegał na tym, że jeszcze nie wiedział, jak rozkuć nogi.
Nagle rozległo się pukanie i w całym pokoju zapadła cisza.
Masaki wyrwał się z rąk Ryu i podszedł szybko do drzwi. Wrócił z lufą przytkniętą do głowy. Tymczasem chłopcy, którzy urzędowali dotąd na podłodze, chwycili w locie ubrania i wybiegli z pokoju.
'Seiji?' - zdziwił się Ryu, naciągając powoli koszulkę na plecy.
'Trochę mnie okantowałeś, a ja bardzo nie lubię, jak się mnie kantuje' – oznajmił blondyn jeszcze mocniej przyciskając Aibie pistolet do głowy.
'Czego nie zrozumiałeś?' - mruknął Aiba zirytowanym tonem.
'To, co mi przekazałeś to jakiś jeden wielki blef. Nigdy w to nie uwierzę.'
'Po co miałbym kłamać? W tym mieście każdy zainteresowany wie, kto jest obecnym szefem Sun Yee On. Trzeba tylko dać temu komuś trochę pieniędzy albo młodego chłopca albo ewentualnie w zęby. Żadna filozofia.'
Seiji opuścił broń i skrzyżował ręce. Zaczął chodzić po pokoju.
'Jeśli to rzeczywiście prawda, to zrobili mnie w konia. Właściwie nie „oni”, ale jedna, jedyna osoba. Niech go szlag.' - Podczas tej krótkiej przemowy, Aiba zdążył usiąść i doprowadzić do porządku fryzurę, a Ryu przybrać normalną barwę ciała.
'Dobra, muszę lecieć. No to pa' – oznajmił Seiji i ruszył w stronę drzwi.
'Chwileczkę!' - rozległ się dźwięk płynący z obu gardeł. - 'A co z nim?' - zapytał Masaki, wstając.
'No właśnie, co ze mną?' - zawtórował mu Ryu.
'Przecież ci go oddałem.'
'Już go nie chcę. To nie jest chłopiec, którego poszukuję. Co mi z jego urody, jeśli stracę przez niego wszystkich najlepszych klientów?'
Seiji cmoknął.
'Nie obchodzi mnie to. Dałem ci, to bierz.'
Aiba się skrzywił.
'Nie chcę go. Jest niewychowany i niedoświadczony. Wczoraj obiecywałeś mi co innego.' - W głosie Masakiego słychać było święte oburzenie. Podszedł energicznie do łóżka, na którym siedział Ryu i popchnął go z całej siły na poduszki. Zaczął rozkuwać mu kajdanki u stóp.
'Bierz go sobie' – oznajmił. Ale Seiji go nie słuchał, bo już go nie było.
Ryu odzyskawszy wolność i czucie w stopach nabrał niezwykłej energii. Pędem wsunął na siebie spodnie i wybiegł z pokoju.
Masaki podszedł do drzwi i wyjrzał.
'Nie musisz mi dziękować za mile spędzoną godzinę, ale jakbyś miał grzecznego brata bliźniaka to daj znać!' - krzyknął w ślad za nim. - 'Co za dzień…'
Drzwi się zamknęły.


'Poczekaj na mnie!' - krzyczał zdyszany Ryu, ale Seiji wcale nie zwalniał. Biegli tak razem aż dotarli do windy i chłopak odetchnął głęboko.
'Weź mnie ze sobą i odstaw w Tokio. Tylko tego chcę.'
'Dlaczego miałbym to zrobić?'
'Mógłbyś uniknąć sądu za handel żywym towarem i przyzwolenie na molestowanie seksualne, którego twój kumpel-zbok dopuścił się na nieletnim.'
'Ojej, smuteczek. Mów dalej.'
'Mam dużo pieniędzy, zapłacę ci za podróż.'
Seiji prychnął.
'Akurat ten argument już straciłeś. Któryś z wierzycieli twojego ojca wyciągnął ci wszystkie pieniądze – tak – ze wszystkich twoich kont.'
Ryu zamrugał oczami.
'Ale jak to? To niemożliwe! Nie da się zabrać tylu pieniędzy naraz.'
'Uwierz mi, słonko, wszystko się da. A teraz wybacz, śpieszy mi się.' - Seiji wypadł z windy na hol, potem przez wejściowe drzwi aż w końcu dotarł do samochodu i wsiadł do niego.
'Chwileczkę…' – Ryu przytrzymał drzwi auta. - 'Wybaczę ci wszystko, co mi zrobiłeś, tylko  zabierz mnie ze sobą. Czy to takie trudne? Gdy dotrzemy do Japonii, zniknę ci z pola widzenia.'
Seiji oparł łokieć o krawędź uchylonej szyby.
'Dobra. Przekonaj mnie.' - Blondyn wystawił głowę przez szybę i zrobił dzióbek. - 'O, tutaj.' - Wskazał na swoje usta.
W Ryu coraz bardziej narastało poczucie krzywdy za przeżycia, których niedawno doświadczył.
Otworzył z rozmachem drzwi i przepchał się przez Seijiego na siedzenie obok, zamykając za sobą drzwi.
'Jedziemy' – powiedział kierowcy.
Seiji prychnął.
'Rzeczywiście nie nadajesz się na hosta.'
Ryu drgnęła brewka. Pociągnął Seijiego najpierw za ucho potem za włosy aż w końcu obaj zaczęli tłuc się bez opamiętania.

Zajęło im to całą drogę na lotnisko.